Najczęstsze błędy przy zamawianiu strony Internetowej
To jest ten dzień. Pełen entuzjazmu postanawiasz zrobić stronę internetową dla swojej firmy. Przeglądasz szablony, wybierasz kilka inspiracji, zaczynasz je ze sobą łączyć. Do tego wypadałoby jeszcze wygenerować parę grafik, przygotować treści, dorzucić kilka sekcji i voilà - strona gotowa.
Niby wszystko na niej jest. Jest oferta, są zdjęcia, są przyciski, jest formularz kontaktowy. Problem w tym, że całość wydaje się jakaś pospolita. Niby poprawna, ale nie do końca pokazuje to, co naprawdę chcesz powiedzieć o swojej firmie.
Zaczynasz więc sprawdzać kolejne oferty, kreatory, gotowe układy, narzędzia AI i wszystko, co obiecuje pomóc w szybkim stworzeniu strony. Tylko po to, żeby po kilku godzinach dojść do wniosku, że czegoś brakuje, czegoś jest za dużo, a całość nie ma klimatu, który miałeś w głowie. Strona wygląda poprawnie, ale trudno powiedzieć, że działa tak, jak powinna.
Przez lata pracy przy stronach internetowych zauważyłem, że kilka problemów przewija się regularnie. Czasami występują pojedynczo, czasami nakładają się na siebie i robią z projektu festiwal opóźnień, poprawek oraz pytań, na które nikt wcześniej nie chciał odpowiedzieć. Każdy z tych błędów może wydłużyć etap planowania, projektowania, a czasem również samo wdrożenie strony.
Na co więc zwrócić uwagę i jakich błędów unikać aby proces tworzenia strony przebiegał płynniej i z mniejszą ilością zgrzytów.
Rozpoczęcie bez znajomości grupy docelowej
Strona internetowa, podobnie jak inne narzędzia marketingowe, działa najlepiej wtedy, gdy jest przygotowana z myślą o konkretnej grupie osób. Brzmi dość oczywiście, szczególnie gdy już zacznie się ten proces rozkładać na czynniki pierwsze. Mimo to przy pytaniu „kim są Twoi klienci?” nadal często pada odpowiedź: „wszyscy”.
I tutaj zaczynają się schody.
Nawet jeśli faktycznie masz produkt „dla wszystkich”, powiedzmy, że są to soki, to raczej nie masz budżetu, żeby do tych wszystkich skutecznie dotrzeć. To już skala Coca-Coli i podobnych marek, a tam marketing nie kończy się na wrzuceniu posta na Facebooka i ustawieniu kampanii za 500 zł.
Dlatego ustalenie grupy docelowej, a właściwie jej zawężenie, jest jednym z pierwszych kroków do lepszej komunikacji produktu lub usługi. Dzięki temu łatwiej mówić językiem klienta, odwoływać się do jego problemów, potrzeb, oczekiwań i obiekcji. W dłuższej perspektywie pozwala to również taniej docierać do właściwych osób, zamiast celować szeroko i przepalać pieniądze z nadzieją, że „może ktoś się trafi”.
Jak pisał Allan Dib, autor książki „The 1-Page Marketing Plan”: nadzieja nie jest strategią. I trudno się z tym kłócić, chociaż wiele stron internetowych wygląda tak, jakby właśnie na tej metodzie oparto cały plan działania.
Znajomość grupy docelowej porządkuje kolejne etapy pracy nad stroną. Łatwiej określić, jakie wartości komunikować, które informacje pokazać jako pierwsze, jakie obiekcje rozwiać i do jakiego działania prowadzić użytkownika. Można też lepiej zaplanować ścieżkę, która nie tylko zwiększa szansę na sprzedaż, ale też poprawia doświadczenie klienta. A to już całkiem przydatne, jeśli strona ma robić coś więcej niż tylko istnieć w internecie.
Wygląd, wygląd i jeszcze raz wygląd
Pierwszy etap pracy nad stroną często zaczyna się od wyglądu. I niby nie ma w tym nic złego, bo strona powinna dobrze wyglądać. Problem zaczyna się wtedy, gdy cała uwaga ląduje nie na tym, co faktycznie ma znaczenie, czyli funkcji, celu i użytkowniku, tylko na tym, czy dany kolor podoba się całemu zespołowi. Najlepiej takiemu, który składa się z kilkunastu, kilkudziesięciu albo kilkuset osób, bo przecież wtedy decyzje podejmuje się wyjątkowo sprawnie.
Do tego dochodzą setki animacji, efektów, przejść, wyskakujących elementów i mamy gotowy przepis na stronę, która wspiera raczej epilepsję niż sprzedaż.
Gdy rozmowa zbyt szybko przechodzi na poziom „czy mi się podoba”, cały proces zaczyna się rozjeżdżać. Do dyskusji dochodzą kolejne osoby, każda ze swoim gustem, doświadczeniem i ulubionym odcieniem niebieskiego. Planowanie strony przestaje być uporządkowanym procesem, a zaczyna przypominać emocjonalne przerzucanie się argumentami o tym, kto lepiej zna się na kolorach.
Estetyka jest ważna, ale sama nie wystarczy. Strona może wyglądać nowocześnie, mieć świetne animacje i nadal nie odpowiadać na podstawowe pytania klienta. A wtedy zamiast narzędzia sprzedażowego powstaje cyfrowa dekoracja. Miła dla oka, tylko trochę mniej przydatna dla firmy.
Zbyt niski budżet wobec oczekiwań
Tworząc stronę internetową, bardzo łatwo zacząć dokładać kolejne elementy. Może od razu sklep? Do tego płatności online, kilka formularzy, integracje z zewnętrznymi narzędziami, automatyczne powiadomienia, CRM, newsletter i jeszcze coś, żeby wszystko „działało samo”, najlepiej bez człowieka pomiędzy kluczowymi etapami procesu.
Oczywiście przydałby się też blog, system zarządzania treścią, generatory, dodatkowe moduły i inne nowoczesne rozwiązania, bo widziałeś je u konkurencji, więc naturalnie muszą znaleźć się również u Ciebie. Koniecznie od razu. Najlepiej w pierwszej wersji.
Do tego przecież wchodzi AI, wszystko można teraz „vibe codować”, więc czemu nie dorzucić jeszcze kilku funkcji? Skoro na filmie w Internecie ktoś zbudował aplikację w 17 minut, to strona firmowa z integracjami, SEO, panelem zarządzania i automatyzacją sprzedaży też powinna być formalnością. Przynajmniej do momentu, w którym pojawia się wycena.
I wtedy, niczym upał w styczniu, uderza rzeczywistość. Patrzysz na kwotę, przecierasz oczy i zastanawiasz się, dlaczego tak drogo. Przecież to chyba standard, prawda?
No właśnie nie zawsze.
Wszystkie te pomysły same w sobie nie są problemem. Problemem jest raczej obecna narracja, według której wszystko jest
- tanie,
- szybkie
- i łatwe.
W praktyce rzeczywistość bywa mniej efektowna, a znajomość procesu nigdy nie była ważniejsza.
Strona internetowa może kosztować 3000 zł, 10 000 zł, 30 000 zł albo znacznie więcej. Górnej granicy tak naprawdę nie ma, bo wszystko zależy od zakresu, funkcji, treści, projektu, integracji, technologii i poziomu dopracowania.
Budżetując stronę, warto pamiętać, że każda dodatkowa funkcja to nie tylko jej wdrożenie. To również późniejsze utrzymanie, testowanie, aktualizacje, poprawki i regularna inspekcja.
Formularz trzeba sprawdzać. Integrację trzeba monitorować. Płatności trzeba przetestować. Automatyzacje trzeba utrzymać. Niestety żadna z tych rzeczy nie działa wiecznie tylko dlatego, że raz została zrobiona.
Łatwo też zafiksować się na funkcjach, które fajnie brzmią na spotkaniu, ale w praktyce nie są potrzebne. Bo może się okazać, że klienci wcale nie będą z nich korzystać, a firma zamiast skuteczniejszej strony dostanie
- droższy projekt,
- trudniejsze wdrożenie
- i większy zakres utrzymania.
Zamawiasz stronę dla firmy? Zacznij od planu, nie od zgadywania
Dobra strona firmowa nie powinna być zlepkiem ładnych sekcji, przypadkowych animacji i tekstów.
Pomagam zaplanować i wdrożyć biznesowe strony internetowe, które mają jasny cel, sensowną strukturę, przemyślaną komunikację i miejsce na dalszy rozwój.
Zobacz biznesowe strony internetoweJak więc podejść do budżetowania strony?
Najprościej: etapowo. Na początku warto skupić się na solidnych podstawach, czyli stronie estetycznej, szybkiej, czytelnej i zaprojektowanej pod konkretne cele.
Dopiero po zbudowaniu solidnej podstawy warto myśleć o kolejnych funkcjach. Najpierw jednak dobrze mieć wdrożoną analitykę i sprawdzić, jak użytkownicy faktycznie korzystają ze strony. Co klikają? Gdzie odpadają? Które treści czytają? Z jakich formularzy korzystają? Bez takich danych kolejne funkcje są często tylko zgadywaniem.
Rozwój strony powinien wynikać z celu, danych i faktycznych potrzeb użytkowników, a nie z rozmowy pod tytułem „zróbmy coś nowoczesnego, bo konkurencja ma”. Nowoczesność strony nie polega na tym, że ma dużo funkcji. Polega na tym, że działa, jest zrozumiała i pomaga firmie osiągać konkretne efekty.
Brak materiałów, treści i decyzji po stronie firmy
Idąc dalej za poprzednią sekcją, będąc w trybie dokładania kolejnych funkcjonalności, firmy często zapominają o innych kwestiach. A konkretnie o tych, które mają bezpośredni wpływ na czas realizacji, estetykę strony i jej spójność z resztą wizerunku.
Najczęściej chodzi o brak zdjęć, treści, dobrego logo, materiałów graficznych i podstawowych informacji o firmie. Niby drobiazgi, dopóki projekt nie staje w miejscu, bo nie wiadomo, czym właściwie wypełnić kolejne sekcje strony.
Firmy często zapominają też o narracji. Brakuje treści o historii firmy, jej powstaniu, wartościach, celach czy sposobie działania. Oczywiście nie każda strona musi mieć rozbudowaną opowieść o tym, jak wszystko zaczęło się w garażu, piwnicy albo przy kuchennym stole. Jednak z takich informacji często da się wyciągnąć komunikaty, które później budują wiarygodność, pokazują charakter firmy i pomagają lepiej przedstawić ofertę.
Wtedy do budżetu trzeba doliczyć nie tylko samo wdrożenie, ale też:
- przygotowanie treści,
- wykonanie lub dobór zdjęć,
- przygotowanie albo poprawienie materiałów graficznych,
- dopracowanie logo,
- podstawowe elementy identyfikacji wizualnej,
- dobór kolorów, typografii i stylu komunikacji.
To szczególnie ważne, jeśli firma nie ma jeszcze uporządkowanych tych elementów. Dobrze dobrane kolory, czcionki, styl graficzny i sposób prezentacji oferty mogą później pomóc nie tylko na stronie, ale też w dalszym budowaniu wizerunku firmy. Warto więc potraktować je jako inwestycję, a nie jako „ładny dodatek”, który można zrobić na końcu, jeśli starczy czasu i cierpliwości.
Osobnym problemem jest jakość materiałów. Logo wyciągnięte ze starej stopki strony, zdjęcia przesłane w niskiej rozdzielczości albo grafiki zapisane w przypadkowym formacie mogą wyglądać dobrze tylko do momentu, w którym ktoś spróbuje ich realnie użyć w projekcie. O tym, jakie pliki warto przygotować przed zleceniem strony, pisałem szerzej w artykule o formatach graficznych.
Brak osoby decyzyjnej
Ostatnim czynnikiem, który potrafi skutecznie rozjechać czas wykonania, jest brak osoby decyzyjnej po stronie firmy. I tak, są firmy o różnych modelach zarządzania, także te bardziej „turkusowe”, gdzie decyzje przechodzą przez kilka osób, zespołów, spotkań i rund komentarzy. Efekt bywa taki, że zamiast konia powstaje wielbłąd, czyli projekt zbudowany z kompromisów, które nikogo specjalnie nie bolą, ale też nikogo nie zachwycają.
Dlatego dobrze, gdy po stronie firmy jest jedna osoba, która zbiera uwagi, porządkuje je i podejmuje ostateczną decyzję. Nie oznacza to, że reszta zespołu nie może mieć zdania. Może. Tylko ktoś musi na końcu zdecydować, czy idziemy w lewo, w prawo, czy dalej będziemy przez trzy tygodnie debatować nad tym, czy nagłówek brzmi „profesjonalnie, ale nie za sztywno”.
Traktowanie SEO i analityki jako dodatku
Strona wdrożona i pozostawiona sama sobie bardzo szybko staje się cmentarzyskiem dobrych intencji, ambicji i planów. Niby miała pozyskiwać klientów, wspierać sprzedaż i budować wizerunek, ale po publikacji nikt już do niej nie zagląda. Poza momentem, gdy trzeba zmienić numer telefonu albo dopisać, że firma stawia na jakość i indywidualne podejście. Czyli klasyka gatunku.
Samo wypuszczenie strony to najczęściej dopiero pierwszy etap. Oczywiście, jeśli potrzebujesz prostej wizytówki, zrobionej szybko i możliwie tanio, to też może być poprawne rozwiązanie. Nie każda firma od razu potrzebuje rozbudowanego systemu sprzedażowego, bloga, lejka, automatyzacji i planu ekspansji na trzy kontynenty.
Problem zaczyna się wtedy, gdy strona ma wspierać firmę, a SEO i analityka są traktowane jak dodatki, którymi można zająć się „kiedyś”. Czyli zwykle nigdy.
Struktura pomaga określić, które podstrony mają bezpośrednio pracować na zapytania, sprzedaż lub kontakt, a które mają je wspierać. Dzięki temu wiadomo, gdzie powinny znaleźć się strony usługowe, artykuły, treści poradnikowe, case studies, opinie czy odpowiedzi na najczęstsze pytania klientów.
Analityka z kolei pozwala sprawdzić, jak skutecznie to wszystko działa. Czy użytkownicy klikają w przyciski? Czy wysyłają formularze? Czy docierają do oferty? Czy porzucają stronę po kilku sekundach, bo coś jest niejasne, wolne albo zwyczajnie nudne?
Przy dobrze zaplanowanej analityce łatwiej rozwijać stronę na podstawie danych, a nie przypuszczeń, marzeń i wewnętrznych debat o tym, że „nam się wydaje”. Można sprawdzić, które treści przyciągają ruch, które podstrony generują zapytania, gdzie użytkownicy odpadają i co warto poprawić w pierwszej kolejności.
SEO i analityka nie są więc ozdobą do strony. Są częścią procesu, który pozwala sprawdzić, czy strona faktycznie działa. Bez nich można oczywiście dalej publikować treści, dodawać sekcje i zmieniać kolory przycisków. Tylko wtedy trudno powiedzieć, czy rozwijasz stronę, czy po prostu pielęgnujesz cyfrowe hobby.
Jak więc uniknąć błędów przy zamawianiu strony internetowej.
Aby uniknąć tych błędów, warto przed rozpoczęciem projektu przygotować kilka podstawowych rzeczy. Nie muszą to być od razu wielkie elaboraty, prezentacje na 80 slajdów. Chodzi o przemyślane elementy, które pozwolą uporządkować projekt i ograniczyć chaos na dalszych etapach.
Ten czas zwykle zwraca się wielokrotnie. Pomaga uniknąć przeciągających się prac, niekończących się poprawek i sytuacji, w której strona stoi, bo brakuje treści, zdjęć, decyzji albo odpowiedzi na proste pytanie: „co właściwie chcemy tutaj powiedzieć?”.
Przy okazji przygotowanie do strony często porządkuje też inne elementy firmy, które od dawna leżały odłogiem. Opisy usług, materiały graficzne, zdjęcia, sposób komunikacji, oferta czy podstawowe informacje o klientach. Niby wszystko jest, ale dopiero przy projekcie strony okazuje się, że połowa rzeczy istnieje tylko w głowie właściciela albo w folderze „do ogarnięcia kiedyś”.
Na start warto więc:
- ustalić cel strony,
- określić grupę docelową,
- przygotować materiały,
- dopasować zakres do budżetu,
- zaplanować SEO i analitykę,
- zdecydować, kto po stronie firmy akceptuje projekt.
Nie chodzi o to, żeby przed zleceniem strony mieć odpowiedź na każde możliwe pytanie oraz materiały gotowe na stronę. Chodzi o to, żeby nie zaczynać projektu od zgadywania.